Nick:      Hasło:      

Nie pamiętam hasła | Chcę się zarejestrować

Nasze relacje

Trzysta milionów lat temu


          Trzysta milionów lat temu pojawił się skrzypłocz (Limulus Polyphemus), który prawdopodobnie w niezmienionej formie przetrwał do dzisiaj zasługując sobie na zaszczytne miano żywej skamieniałości. Kiedy zobaczy się skrzypłocza, od razu można zrozumieć i odczuć, iż jest to gatunek, który zna epoki, tak odległe, że człowiek jako gatunek jest przy nim krótkim epizodem trwającym zaledwie ułamek sekundy.
          W pierwszy majowy weekend postanowiłem wybrać się nad zatokę Delaware, żeby dokładniej przyjrzeć się tym prehistorycznym stworom. Czas i miejsce nie były przypadkowe. To właśnie na brzegach zatoki Delaware, najczęściej w miesiącu maju lub czerwcu, ma miejsce rytuał gwarantujący ciągłość gatunku skrzypłocza. Rytuał ten jest synchronizowany z przypływem i żeby było ciekawiej zachodzi w dniach, kiedy księżyc jest w fazie pełni lub nowiu. Samice razem z samcami dzięki fali przypływu mogą być wyniesione na ląd tak daleko jak sięga granica wody, po czym w wygrzebanych dołkach składają zapłodnione jaja.
          W tym roku pełnia księżyca przypadała w pierwszych dniach maja i tak się złożyło, że przypływy w zatoce Delaware miały swój szczyt w okolicach północy. Być tam i zrobić zdjęcie skrzypłoczy kotłujących się w wodzie w blasku pełni księżyca, …. hmmmm, chyba wyobraźnia mnie poniosła, ale co tam wsiadam w samochód i po 3 godzinach docieram do Moores Beach, - miejsce dzikie, oddzielone 2 kilometrowym pasmem podmokłych terenów od najbliższej szosy. Do samej zatoki prowadzi piaszczysta droga, w której co 4 metry są równie szerokie dziury wypełnione wodą. Te olbrzymie kałuże nawet widać na google-earth. Dzięki temu, że żona pożyczyła mi swoją terenówkę mogłem podjechać prawie pod sam brzeg zatoki. Samochód miał być moją bazą noclegową. Miał być, bowiem wydarzenia potoczyły się zupełnie inaczej i od tego momentu zaczęła się moja przygoda z tymi „prehistorycznymi stworami”. Ku mojemu zaskoczeniu kanał widoczny po lewej stronie był wypełniony wodą tylko na pół kalosza stąd postanowiłem przeprawić się na drugą stronę zanim przypływ wypełni to miejsce po same brzegi (patrz załączona mapa satelitarna – zdjęcie 1)

          Miejsce fantastyczne, nie ma żywej duszy, tylko ja i z każdej strony woda i ptactwo. Pogoda wymarzona, temperatura umiarkowana, jeszcze nie ma komarów. Jednym słowem przyrodniczy deser, tylko się delektować. Idąc wzdłuż brzegu, co kawałek na piasku widzę skrzypłocze wywrócone do góry nogami. W tym stanie wiele z nic nie przetrwa do następnego przypływu. Pomagam trochę naturze i obracam je na drugą stronę dając im szansę na dotrwanie starości a potrafią one dożyć nawet dwudziestu lat. W ramach wdzięczności, co niektóre pozują mi do zdjęcia. Jest piękne światło, - słońce ma się ku zachodowi. Jestem zauroczony tym miejscem i zatracony w czasie. Nagle uświadamiam sobie, że przypływ nadchodzi i przejście do bazy noclegowej może być ciężką przeprawą. Kiedy dotarłem do kanału było już za późno. Środek kanału był już wypełniony głęboką wodą i prąd z zatoki w stronę lądu był już za szybki, żeby próbować przejść na drugą stronę. No cóż, nie miałem wyboru i musiałem zanocować pod gołym niebem. Za młodych lat robiłem takie rzeczy, ale nadchodząca noc mogła zmienić się w prawdziwą szkołę przetrwania. Mam na sobie długie spodnie, czapkę z daszkiem, bluzkę z krótkim rękawkiem a w plecaku plastykową przejrzystą pelerynkę przeciwdeszczową, którą głównie używam, kiedy chcę się położyć na czymś mokrym podczas robienia zdjęć. Słońce już zaszło, wiatr jak zawsze obecny, temperatura powietrza spada w tempie, które mnie nie napawa optymizmem i wody przybywa w równie szybkim tempie. Jest już godzina jedenasta w nocy, foliowa peleryna trochę chroni od wiatru, ale zimno zaczyna mi doskwierać. Zbieram suche, zeszłoroczne badyle, robię sobie ściółkę i przykrywam się nimi. Jest dobrze, cieplej tylko ta przybierająca woda nie daje mi spokoju. Po naniesionej roślinności widzę wyraźne trzy granice na lądzie wskazujące, do jakiej wysokości może sięgać woda podczas przypływu.. Woda zalewa już pierwsze dwie granice i została ostatnia, - około metra od mojego legowiska. Myślę sobie, - „woda dalej nie może podejść”; przecież nie ma sztormu, nie było ulewy, ale zaczynam wątpić.
          Księżyc wysunął się zza chmur, świeci swoją pełną tarczą, widzę jak cały kanał jest po brzegi wypełniony wodą a i brzeg samej zatoki przesunął się w moim kierunku o kilkanaście metrów. Robię zdjęcie, żeby to udokumentować. Woda doszła już po ostatnią granicę tym razem granicę mojej nadziei. W miejscu gdzie zatoka spotyka się z wylotem kanału słyszę kotłujące się fale, to dobry znak świadczący o tym, że prąd wody w kanale się odwrócił i teraz woda wpada do zatoki, której fale czołowo zderzają się z nurtem schodzącej wody. Ależ to potężna siła, jestem przy tym malutki, naprawdę malutki, piszę to z szacunkiem i bez przesady.
          Jest godzina 1-sza w nocy. Widzę pierwsze skrzypłocze podpływające gromadami pod brzeg. Obserwuję cały rytuał w świetle księżyca, czuję się jeszcze mniejszy będąc świadkiem spektaklu, który co roku odbywa się przez 300 milionów lat. Ustawiam statyw, zakładam obiektyw szerokokątny i rejestruję całe wydarzenie naświetlając klatkę przez długie 30 sekund. Widzę je na swoim małym monitorze, uśmiecham się sam do siebie, zapominam o przenikliwym zimnie. Utrwaliłem gromadkę skrzypłoczy, oświetlonych punktowym światłem księżyca, niczym w teatrze. To było piękne przedstawienie. Klaskałem z dwóch powodów, - za doskonałą sztukę teatralną, ale także, żeby rozgrzać sobie ręce:-)). Teraz muszę czekać aż woda zejdzie do połowy kalosza. Trudno sobie wyobrazić, żeby 3 metry głębokości zeszło do 25 cm, - trochę to potrwa. Zbieram więcej suchego zielska na kołderkę i staram się nie myśleć o zimnie. Około 4:30 nad ranem Posejdon pozwolił mi przejść na drugą stronę brzegu. Szybko zasypiam w cieplutkim wnętrzu samochodu. Po godzinie wschodzące słońce i wrzaski mew budzą mnie. Biorę aparat i dokumentuję następny spektakl jak mewy wyjadają tysiące świeżych jaj skrzypłoczy. Smutny widok, ale taka jest natura, w której każdy gatunek ma swoje sposoby na przetrwanie. Skrzypłocze przetrwały swoje 300 milionów lat, mewy z tego się cieszą a i ja przetrwałem noc pod gołym niebem, bez telefonu komórkowego i zapałek.

Rafal

1 2 3
4 5 6
7 8 9

Rafał Gorączniak (2007-05-07)

Spis relacji

Ostatnio dodane zdjęcia:

Ostatnio komentowane zdjęcia: